Zapukałam do białych drzwi z numerem 129. Nie wiem jakim cudem tu trafiłam. Po prostu szłam ośnieżonym chodnikiem, potem skręciłam na Brodway i znalazłam się tu. Może nikogo nie ma...Miałam już wracać do windy kiedy drzwi otworzył Chaz z szerokim uśmiechem na twarzy. Widząc jego promienny uśmiech, zmiękły mi kolana. Jego wielkie oczy wyrażały wszystko. Nie wiedząc co robię rzuciłam mu się w ramiona i przytuliłam się do niego. Zaraz potem się rozpłakałam. Ciepłe łzy spływały po zarumienionych policzkach,a następnie na koszulkę Somersa. On tylko pogłaskał mnie po głowie i oparł swój policzek o moje włosy. Nie pytał co się stało, tylko pozwolił mi się wypłakać.Po kilku minutach byłam na tyle spokojna, że mógł mnie wprowadzić do mieszkania i posadzić na białej kanapie. Zdjął ze mnie futro i położył je obok mnie. Siedziałam jak głupia i wpatrywałam się przed siebie. Chaz na chwilę schował się w kuchni i zaraz przyszedł wręczając mi kubek gorącej herbaty.
-Może trochę się ogrzejesz-powiedział widząc, że połykam gorący płyn.- Zaraz wracam tylko pójdę po apteczkę,aby opatrzyć twoje kolano.
W odpowiedzi lekko uniosłam kąciki ust. Jednak dobrze zrobiłam przychodząc tutaj. Nawet Akiro nie zajęłaby się tak mną. Zdjęłam botki od Jimmy'ego Choo i popatrzyłam jak Chaz podchodzi do mnie i klęczy obok mnie. Spojrzałam w jego ciemne oczy i lekko się uśmiechnęłam. Kiedy polał wodą utlenioną moją ranę zasyczałam z bólu. Jego wielkie oczy spojrzały na mnie z troską, a ja dotknęłam jego policzka. Chwycił moją dłoń i delikatnie ją ucałował. Uklękłam obok niego ignorując ból w miejscu gdzie kolano stykało się z podłogą i nachyliłam się tak, że mogłam go spokojnie pocałować. Brunet miał już zamiar coś powiedzieć kiedy uciszyłam go muskając jego wargi. Zdjęłam z siebie ciepły sweter i rzuciłam go gdzieś w kąt.
-Mel jesteś pewna?-zapytał nierówno oddychając.
-Jeszcze nigdy nie byłam tak pewna-wsunęłam ręce pod jego koszulkę.-Ale czy ty chcesz się ze mną kochać?
W odpowiedzi zdjął ze mnie mój top od znanego projektanta.Zarzuciłam mu ręce na szyję zmusiłam go, że położył się na podłodze. Czułam jak jego serce głośno łomocze w piersi i jego gorący oddech muska moje rzęsy. Zaczęłam rozpinać pasek od jego spodnie,ale nie miałam zbytniej wprawy,więc Somers pomógł mi i kilkoma szybkimi ruchami zsunął z siebie spodnie. Jego ręce zaczęły lekko dygotać kiedy zdejmował ze mnie spódnicę i bieliznę.Zanim zdążyłam zrobić dalszy krok on wziął mnie w ramiona i zaniósł do sypialni. Będąc już na łóżku spróbowałam dodać mu otuchy,łapiąc go lekko za ramiona. Udało mi się. Chaz złapał mnie za pośladki,po czym opadliśmy razem na łóżku. Satynowa pościel swoją miękkością koiła nie tylko moje zmysły,lecz także i mojego partnera. Zanim się obejrzałam,tuliliśmy się do siebie, a ja nie mogłam zrozumieć,jak moje ciało reagowało na jego dotyk. Wzięłam płytki oddech i położyłam się na nim.
-Nie denerwuj się-mruknęłam całując go czule.- Nie myśl po prostu rób...
Nakierowałam go i zaczęliśmy poruszać się w równym tempie. Oparłam ręce na jego ramionach i spojrzałam na niego,a on na mnie. Posłał mi uśmiech,a ja odwzajemniłam go. Był zupełnie inny niż Justin... Nie był tak porywczy,śmiały i pewny siebie jak Bieber. Nadrabiał za to czułością,delikatnością i troską jaką mnie otaczał. Zeszłam z niego i położyłam się obok i patrząc w jego wielkie oczy w kolorze gorzkiej czekolady.
-Kocham cię-powiedziałam kładąc dłoń na jego torsie.
-Ja ciebie bardziej-przewrócił się i położył się na mnie.- Nie przygniatam cię?
-Nie, skarbie...-zarzuciłam mu ręce na szyi i rozwarłam kolana.
Wszedł we mnie, cicho jęknęłam i wbiłam mu paznokcie w plecy. Po chwili wyszedł ze mnie i z większą pewnością wszedł w ponownie. Po kilku razach miał już taką wprawę, że zaczęłam głośno jęczeć z rozkoszy. Wiedziałam, że on już powoli do chodzi,a mnie dzieli krok od cudownego orgazmu. Poczułam jak biały płyn rozlewa się w okół dolnych części ciała. Chaz opadł obok mnie z zadowoloną miną. Patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę,ale odpłynął, a ja zaraz po nim.
Obudziłam się pod wpływem dotyku na moim karku i jasnych promieni porannego słońca muskających moje powieki.Odwróciłam się do Chaza i uśmiechnęłam się promiennie.
-Przepraszam, że cię obudziłem...
-Skarbie, nie musisz przepraszać-nachyliłam się żeby ucałować go na dzień dobry.-Wiesz jak bardzo cię kocham?
-Nie,ale później mi pokażesz-uśmiechnął się pewny siebie i przytulił się do mnie.-A co powiesz na jakieś śniadanie?
-Z wielką chęcią po wczorajszej nocy-przeciągnęłam się i ucałowałam go.
Usiadłam na łóżku i poszukałam wzrokiem jakiegoś prześcieradła czy czegoś do zakrycia się,aby móc spokojnie przejść do salonu gdzie leżały nasze ubrania. Owinęłam się szczelnie kołdrą i spojrzałam na Kanadyjczyka.
-Mel, nawet po wczorajszej nocy się mnie wstydzisz?-zsunął z mojego ramienia białą tkaninę.-A z resztą zaraz dam ci jakąś moją koszulę.
Wstał i podszedł, bez jakiegokolwiek wstydu, do szafy i wyjął długą flanelową koszulę w kratę. Podał mi ją a ja założyłam ją zapinając jeden guzik. Wróciłam do salonu i znalazłam moje figi,które potem kilkoma szybkimi ruchami wsunęłam je na siebie. Dołączyłam do Chaza w kuchni. Otworzyłam szeroko drzwi wielkie lodówki i mruknęłam:
-I co my tu mamy...-rzuciłam okiem na wszystkie półki.-Co powiesz na bitą śmietanę...
-I truskawki-przytulił mnie do tyłu i jedną ręką wziął owoce w małej miseczce. Odłożywszy naczynie posadził mnie na połyskującym blacie.
Wzięłam do ręki truskawkę i zamoczyłam ją w śmietanie. Somers łapczywie ugryzł owoc i chwycił mnie w tali. Zsunęłam z siebie koszulę i przyciągnęłam do siebie mojego partnera. Zaczął mnie namiętnie całować kładąc dłonie na moich piersiach. Cicho jęknęłam i spojrzałam na bruneta z rozkoszną miną.
-Co powiesz na seks w kuchni?-zapytałam ściągając z niego bokserki z uśmiechem na twarzy.
-Świetnie rozpoczniemy dzisiejszy dzień...-zsunął ze mnie majteczki i rzucił je gdzieś w stronę zlewu. Zarzuciłam mu ręce na szyję i poczułam jak wchodzi we mnie. Zamknęłam oczy i cicho jęknęłam. On lekko uniósł mnie za pośladki a ja objęłam go nogami. Czułam jak jego serce głośno bije tuż obok mojego. Na chwilę przerwaliśmy i wzięliśmy kilka płytkich oddechów.
-A gdzie Ryan?-zapytałam,aby nie zapadła niema cisza. Oparłam głowę na jego ramieniu i czekałam na odpowiedź.
-Pojechał na kilka dni do Stanford, jakieś urodziny kuzynki czy coś...-pocałował mnie czule.-Chyba na dziś starczy...
-Kochanie, ja nigdy nie mam dość...-przyciągnęłam go do siebie i poczułam dziką rozkosz.-Jesteś najlepszym z jakim spałam...
-A dużo ich było?-zapytał zaciekawiony z szelmowskim uśmiechem na twarzy. -Bo ja miałem tylko kilka dziewczyn,a takich na poważnie to tylko ciebie i Shay...
-Ciii...-położyłam mu palec na ustach.-Nie mówmy o niej...
-Dobrze, skarbie-wszedł we mnie a ja głośno jęknęłam.-Kocham cię...
-Wiem...
Po jeszcze kilku orgazmach skończyliśmy jeść nasze truskawki i doprowadziliśmy się do normalnego stanu. Teraz siedziałam na gładkiej satynie i grzebałam w mojej torbie,którą zostawiłam tutaj poprzednim razem. Wygrzebałam z dna torby rurki w kolorze cukierkowego błękitu,top w kwiaty z kołem pomiędzy piersiami,szeroki cardigan w kolorze kawy z mlekiem i różowe baleriny wykonane z delikatnego zamszu. Wzięłam ubrania pod pachę i weszłam do łazienki uchylając drzwi,aby potem nie zadusić się w zaparowanej łazience. Zrzuciłam z siebie koszulę Chaza i rzuciłam ją gdzieś w kąt. Odkręciłam kurek z czerwoną kropką i stanęłam pod strumieniem kojącej wody. Krople spływały po mojej skórze i skapywały na podłogę. Byłam w trakcie namydlania się kiedy zobaczyłam, że drzwi od kabiny lekko się uchylają. Uśmiechnęłam się pod nosem na widok Chaza. Wszedł pod prysznic i przytulił mnie od tyłu.
-Zboczeniec-mruknęłam.
***
Zboczeńcem jestem ja,a a nie Chaz lolz.
Po tym rozdziale pewnie będziecie tak myśleć. xd
Alex twierdzi, że opisałam tylko ograzm Mel,a Chaz jak dmuchana lalka lolz.
|11|-Mała wpadka
Wreszcie po kilku godzinnym spacerze i wielu rozmowach usiadłam na ławce. Uniosłam głowę ku słońcu i poczułam jak coś zimnego spadło mi na nos.
-Justin, to chyba śnieg...-powiedziałam,ale nie dostałam odpowiedzi.Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła,ale nikogo nie było.-Justin gdzie jesteś?!
-Tutaj,sweetheart!-usłyszałam jego głos za plecami.-Chodź tutaj!
-Ale po co?-uśmiechnęłam się pod nosem,ale nie ruszyłam się z miejsca.
-Czekam na ciebie pod jemiołą!-wstałam i posłałam mu serdeczny uśmiech.-Będę tu na ciebie czekał i nie ruszę się z miejsca póki tu nie przyjdziesz!
-No dobrze,dobrze-podeszłam do niego i zarzuciłam mu ręce na szyję.-No i co będziemy robili pod tą jemiołą?
-Pomyślmy...-nachylił się i pocałował mnie.
-Na prawdę to robi się pod jemiołą?-zapytałam tuląc się do niego.-Mi się wydawało, że jemioła to jemioła.
-Kochanie, pod jemiołą trzeba się pocałować-musnął moje usta po raz kolejny.
-Przecież wiem głuptasie!-ucałowałam go.- I chcę ci powiedzieć,że albo to łupież,albo śnieg-strzepnęłam śnieżyczki z czarnego płaszcza Biebera.
-Pada śnieg!!!-krzyknął tak entuzjastycznie, że przechodnie dziwnie na niego spojrzali.- Jak cudownie!
Oboje tuląc się unieśliśmy głowy i łapaliśmy jak najwięcej śnieżyczek na język.
-Zachowujemy się jak niedorozwinięte pięciolatki-zachichotałam.-Robi się się zimno...Może wrócimy do domu?
Nic nie mówiąc objął mnie ramieniem i wróciliśmy do apartamentu Kanadyjczyka.
Zdjęłam płaszcz i powiesiwszy go od razu wzięłam się za rozpakowywanie wielkich kufrów z ubraniami,lecz zanim je rozpakowałam zaniosłam Thabite do pustego pokoju i otworzyłam klatkę. Mała radośnie wyskoczyła z metalowej skrzynki i zaczęła się ze mną drażnić podgryzając mój szalik.
-Mel,chcesz gorącej czekolady?-wszedł do pokoju nieświadomy tego, że tygrysica nie jest zamknięta w klatce.- Aaaa! Ona nie jest klatce!
-Just, Tabi nic ci nie zrobi prawda, słodka?-wzięłam ją na ręce i podeszłam do Biebera.-No nie bój się...Pogłaszczesz ją?
-Muszę?-zapytał przerażony. Skinęłam głową, a on powoli zbliżył dłoń do główki mojej pupilki.-Nie ugryzła mnie!
-A nie mówiłam?-zaśmiałam się i puściłam ją.-Idziemy na kolację do Masa?
-O ile dostaniemy stolik...
-Zobaczysz co znaczy nazwisko Truelove-posłałam mu uśmiech i wybrałam na sowim blackberry prywatny numer dyrektora restauracji.
Po kilku minutowej rozmowie załatwiłam dwuosobowy stolik na godzinę osiemnastą. Odłożyłam komórkę na stolik do kawy.
-Do szóstej mamy jeszcze kilka godzin,więc może przejdziemy się gdzieś... Do Neiman'a Marcusa? Albo do Barneys'a ?...
-Skarbie...Musimy?-zapytał otulając mnie swoimi ramionami i całując w czubek głowy.-Teraz chciałbym jedynie siedzieć w domu z kubkiem gorącej czekolady oglądając jakiś film...
-Dobra, to ty siedź tutaj , a ja idę do Li omówić kwestie urodzin Freddiego-powiedziawszy to wyszłam z pokoju i ruszyłam w stronę kufrów. Rozpakuje je jak wrócimy z restauracji. Jak na razie zadzwonię do Li czy w ogóle jest w domu. Wybrałam numer mojej najlepszej przyjaciółki i zaczekałam kilka sekund aż obierze.
-Mel, coś się stało, że dzwonisz?-usłyszałam jej głos w słuchawce.-Dopiero co wyszłam ze szkoły... Wiesz, że będziesz mieć kłopoty jeżeli jutro nie zjawisz się w szkole?
-Wiesz ile mnie to obchodzi? Dobra, nieważne...Myślałaś już nad urodzinami Freds'a?
-Już od tygodnia są zapięte na ostatni guzik...
-Na pewno nie da się nic dopracować?-zapytałam z nadzieją w głosie.-Cokolwiek... Nawet babeczek nie mogę zamówić ?
-Nie ma nic do zrobienia...Przykro mi.-rozłączyła się.
Czyli jednak wezmę się za rozpakowywanie kufrów. Chwyciłam skórzaną rączkę i pociągnęłam bagaż do wolnego pokoju. I powtórzyłam tą czynność jeszcze cztery razy. Skoro wszystko jest gotowe to może już zacznę wybierać ubrania an dzisiejszy wieczór. Z dna wyjęłam spódnicę ołówkówkę w intensywnie zielonym kolorze. Wyjmując drapowany top od 3.1 Phillip'a Lim'a zauważyłam moje tampony. O mój boże... Usiadłam na podłodze i zaczęłam dokładnie odliczać dni... Minęły już dokładnie 32 dni... Zawsze miałam regularny okres... Od kiedy po raz pierwszy dostałam nigdy mi się nie spóźniał. Nigdy. Zdenerwowana zdjęłam z siebie ubrania i założyłam spódnicę i topik,które wcześniej wybrałam. Do zestawu jeszcze dobrałam ciepły bawełniany sweter, buty od Jimmy'ego Choo,dużą kopertówkę od YSL. Zaś z biżuterii wybrałam złote kolczyki z zielonego onyksu,pierścionek z tym samym kamieniem,złotą bransoletę od Stelli McCartney i duży naszyjnik od Gerarda Yosca. Nowy zestaw w niczym nie pomógł,więc wyszłam z pokoju. Nie patrząc pod nogi ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych.
-Mel, co się stało?-Justin wyłonił się z kuchni.-Czemu wychodzisz?
Bez słowa wyszłam z apartamentu przygryzając wargę przy tym zjadając cienką warstwę szminki. Spojrzałam na swoje dłonie. Paznokcie były w całkiem dobrym stanie,ale przy tej sytuacji należało mi się trochę relaksu w salonie piękności. Winda zamknęła się w ostatniej chwili, inaczej musiałabym odpowiadać na pytania Justina.
Będąc już w lobby wyszłam z budynku. Całe ulice były pokryte puszystym śniegiem,a lekki mróz sprawił, że kałuże,które pozostały po rannym deszczu zamarzły. Wzięłam głęboki oddech...Pokonałam już kilka stopni kiedy usłyszałam jak ktoś wykrzykuje moje imię. Przyspieszyłam kroku,ale wiedziałam, że Bieber jest szybszy ode mnie. Szłam już zlodowaciałym chodnikiem kiedy poczułam, że tracę grunt pod nogami i wywracam się na kolana.Spojrzałam na śnieg w okół mnie,a potem na swoje kolano. Moja skóra na nodze była cała pokryta czerwoną cieczą...To nie może być krew! Zanim zdążyłam się podnieść Kanadyjczyk był obok mnie i z troską patrzył na moją ranę.
-Ty krwawisz...
-Jakbym nie wiedziała-powiedziałam z sarkazmem.-Nie jestem ślepa.
-I po co ty tak pędziłaś?
-Nawet nie mogę nigdzie sama wyjść? Jeżeli tak ma wyglądać nasz związek to ja dziękuję.
-Mel...
-Zostaw mnie dobrze? Chcę sama przemyśleć parę rzeczy... -podniosłam się sama ignorując wyciągniętą do mnie dłoń.-W samotności.
Odeszłam nie oglądając się za siebie.
__________________________________________________________________________________
-Justin, to chyba śnieg...-powiedziałam,ale nie dostałam odpowiedzi.Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła,ale nikogo nie było.-Justin gdzie jesteś?!
-Tutaj,sweetheart!-usłyszałam jego głos za plecami.-Chodź tutaj!
-Ale po co?-uśmiechnęłam się pod nosem,ale nie ruszyłam się z miejsca.
-Czekam na ciebie pod jemiołą!-wstałam i posłałam mu serdeczny uśmiech.-Będę tu na ciebie czekał i nie ruszę się z miejsca póki tu nie przyjdziesz!
-No dobrze,dobrze-podeszłam do niego i zarzuciłam mu ręce na szyję.-No i co będziemy robili pod tą jemiołą?
-Pomyślmy...-nachylił się i pocałował mnie.
-Na prawdę to robi się pod jemiołą?-zapytałam tuląc się do niego.-Mi się wydawało, że jemioła to jemioła.
-Kochanie, pod jemiołą trzeba się pocałować-musnął moje usta po raz kolejny.
-Przecież wiem głuptasie!-ucałowałam go.- I chcę ci powiedzieć,że albo to łupież,albo śnieg-strzepnęłam śnieżyczki z czarnego płaszcza Biebera.
-Pada śnieg!!!-krzyknął tak entuzjastycznie, że przechodnie dziwnie na niego spojrzali.- Jak cudownie!
Oboje tuląc się unieśliśmy głowy i łapaliśmy jak najwięcej śnieżyczek na język.
-Zachowujemy się jak niedorozwinięte pięciolatki-zachichotałam.-Robi się się zimno...Może wrócimy do domu?
Nic nie mówiąc objął mnie ramieniem i wróciliśmy do apartamentu Kanadyjczyka.
Zdjęłam płaszcz i powiesiwszy go od razu wzięłam się za rozpakowywanie wielkich kufrów z ubraniami,lecz zanim je rozpakowałam zaniosłam Thabite do pustego pokoju i otworzyłam klatkę. Mała radośnie wyskoczyła z metalowej skrzynki i zaczęła się ze mną drażnić podgryzając mój szalik.
-Mel,chcesz gorącej czekolady?-wszedł do pokoju nieświadomy tego, że tygrysica nie jest zamknięta w klatce.- Aaaa! Ona nie jest klatce!
-Just, Tabi nic ci nie zrobi prawda, słodka?-wzięłam ją na ręce i podeszłam do Biebera.-No nie bój się...Pogłaszczesz ją?
-Muszę?-zapytał przerażony. Skinęłam głową, a on powoli zbliżył dłoń do główki mojej pupilki.-Nie ugryzła mnie!
-A nie mówiłam?-zaśmiałam się i puściłam ją.-Idziemy na kolację do Masa?
-O ile dostaniemy stolik...
-Zobaczysz co znaczy nazwisko Truelove-posłałam mu uśmiech i wybrałam na sowim blackberry prywatny numer dyrektora restauracji.
Po kilku minutowej rozmowie załatwiłam dwuosobowy stolik na godzinę osiemnastą. Odłożyłam komórkę na stolik do kawy.
-Do szóstej mamy jeszcze kilka godzin,więc może przejdziemy się gdzieś... Do Neiman'a Marcusa? Albo do Barneys'a ?...
-Skarbie...Musimy?-zapytał otulając mnie swoimi ramionami i całując w czubek głowy.-Teraz chciałbym jedynie siedzieć w domu z kubkiem gorącej czekolady oglądając jakiś film...
-Dobra, to ty siedź tutaj , a ja idę do Li omówić kwestie urodzin Freddiego-powiedziawszy to wyszłam z pokoju i ruszyłam w stronę kufrów. Rozpakuje je jak wrócimy z restauracji. Jak na razie zadzwonię do Li czy w ogóle jest w domu. Wybrałam numer mojej najlepszej przyjaciółki i zaczekałam kilka sekund aż obierze.
-Mel, coś się stało, że dzwonisz?-usłyszałam jej głos w słuchawce.-Dopiero co wyszłam ze szkoły... Wiesz, że będziesz mieć kłopoty jeżeli jutro nie zjawisz się w szkole?
-Wiesz ile mnie to obchodzi? Dobra, nieważne...Myślałaś już nad urodzinami Freds'a?
-Już od tygodnia są zapięte na ostatni guzik...
-Na pewno nie da się nic dopracować?-zapytałam z nadzieją w głosie.-Cokolwiek... Nawet babeczek nie mogę zamówić ?
-Nie ma nic do zrobienia...Przykro mi.-rozłączyła się.
Czyli jednak wezmę się za rozpakowywanie kufrów. Chwyciłam skórzaną rączkę i pociągnęłam bagaż do wolnego pokoju. I powtórzyłam tą czynność jeszcze cztery razy. Skoro wszystko jest gotowe to może już zacznę wybierać ubrania an dzisiejszy wieczór. Z dna wyjęłam spódnicę ołówkówkę w intensywnie zielonym kolorze. Wyjmując drapowany top od 3.1 Phillip'a Lim'a zauważyłam moje tampony. O mój boże... Usiadłam na podłodze i zaczęłam dokładnie odliczać dni... Minęły już dokładnie 32 dni... Zawsze miałam regularny okres... Od kiedy po raz pierwszy dostałam nigdy mi się nie spóźniał. Nigdy. Zdenerwowana zdjęłam z siebie ubrania i założyłam spódnicę i topik,które wcześniej wybrałam. Do zestawu jeszcze dobrałam ciepły bawełniany sweter, buty od Jimmy'ego Choo,dużą kopertówkę od YSL. Zaś z biżuterii wybrałam złote kolczyki z zielonego onyksu,pierścionek z tym samym kamieniem,złotą bransoletę od Stelli McCartney i duży naszyjnik od Gerarda Yosca. Nowy zestaw w niczym nie pomógł,więc wyszłam z pokoju. Nie patrząc pod nogi ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych.
-Mel, co się stało?-Justin wyłonił się z kuchni.-Czemu wychodzisz?
Bez słowa wyszłam z apartamentu przygryzając wargę przy tym zjadając cienką warstwę szminki. Spojrzałam na swoje dłonie. Paznokcie były w całkiem dobrym stanie,ale przy tej sytuacji należało mi się trochę relaksu w salonie piękności. Winda zamknęła się w ostatniej chwili, inaczej musiałabym odpowiadać na pytania Justina.
Będąc już w lobby wyszłam z budynku. Całe ulice były pokryte puszystym śniegiem,a lekki mróz sprawił, że kałuże,które pozostały po rannym deszczu zamarzły. Wzięłam głęboki oddech...Pokonałam już kilka stopni kiedy usłyszałam jak ktoś wykrzykuje moje imię. Przyspieszyłam kroku,ale wiedziałam, że Bieber jest szybszy ode mnie. Szłam już zlodowaciałym chodnikiem kiedy poczułam, że tracę grunt pod nogami i wywracam się na kolana.Spojrzałam na śnieg w okół mnie,a potem na swoje kolano. Moja skóra na nodze była cała pokryta czerwoną cieczą...To nie może być krew! Zanim zdążyłam się podnieść Kanadyjczyk był obok mnie i z troską patrzył na moją ranę.
-Ty krwawisz...
-Jakbym nie wiedziała-powiedziałam z sarkazmem.-Nie jestem ślepa.
-I po co ty tak pędziłaś?
-Nawet nie mogę nigdzie sama wyjść? Jeżeli tak ma wyglądać nasz związek to ja dziękuję.
-Mel...
-Zostaw mnie dobrze? Chcę sama przemyśleć parę rzeczy... -podniosłam się sama ignorując wyciągniętą do mnie dłoń.-W samotności.
Odeszłam nie oglądając się za siebie.
__________________________________________________________________________________
***
Witam moi drodzy.
Wreszcie akcja zaczyna się rozwijać,ale to jeszcze nie koniec,
jak na razie sama nie wiem co będzie dalej.
xoxo
|10|-Niech Justin ci to wytłumaczy!
Będąc już w połowie drogi i wcześniejszy temat rozmowy zaczął by nudnawy zaczęłam nowy:
-Gdybyś czytał blogi różnych nastolatek miałbyś jakieś 6 milionów dziewczyn, w których byłbyś zakochany bez pamięci...
-A skąd wiesz?
-Czasami czytam różne blogi-powiedziałam z uśmiechem na twarzy.-No i kiedyś sama pisałam.
-Moja Mel fantazjowała jakby to było gdyby chodziła ze mną? Awww!
-Tak i miałam nawet kilku czytelników!...Dobra pół szkoły czytało moje wypociny.
-I co jest podobnie jak w twoim opowiadaniu?-zapytał.
-Nic ci nie powiem! Musisz przeczytać-powiedziałam udawając poważną minę.
-A jak się skończyło?
-Właściwie nie skończyłam pisać,ale planowałam ciążę głównej bohaterki z tobą-teraz nie wytrzymałam i parsknęłam.
-Będę dobrym ojcem?
-Justin z mojego opowiadania opuścił ją, a teraz ona jest z najlepszym przyjacielem i on będzie wychowywał dziecko.
-Dlaczego muszę być aż taki zły? W normalnym życiu nie pozostawiłbym swojej dziewczyny. Wiem jak to jest być wychowywanym bez ojca. I nigdy nie popełniłbym tego błędu.
-Kończąc wcześniejszy temat...Przeczytaj bloga i będziesz wiedział jaki jesteś.
-Nie wiem gdzie,adresu strony chyba mi nie podałaś.
-Podam w swoim czasie-powiedziałam stanowczo.-A tak w ogóle gdzie mnie zabierasz?
-Mówiłem ci. Do mojego rodzeństwa i mamy.
-Myślałam, że żartujesz-powiedziałam zaskoczona.-Jestem dobrze ubrana? Niezbyt strojnie? Czy się spodobam? Wszyscy twierdzą, że jestem strasznie arogancka w towarzystwie.I nie lubię jak dzieci płaczą, szczególnie te bezzębne.
-Spokojnie-zatrzymaliśmy się przed wielkim wieżowcem,jakich dużo w Nowym Jorku.-Będę trzymał cię za rękę-pogłaskał mnie po policzku.
-I za to cię uwielbiam-nachyliłam się i pocałowałam go.
Wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy się w stronę apartamentu rodziny Bieber.Weszliśmy po schodach na piętro.Bieber otworzył drzwi z ciemnego drewna.
-Mamo,jesteśmy!-zawołał od progu Justin.
Znajdowaliśmy się w pomieszczeniu przed jadalnią,którą można było zobaczyć przez łuk. Za stołem był kolejny łuk, który wprowadzał nas do salonu. Pattie dowiodła, że mieszkanie na Brooklynie może być bardzo przytulne. Z salonu wybiegły dwa maluchy. Dziewczynka miała związane włosy w małą kitkę z tyłu głosy, a młodszy o kilka lat chłopczyk miał lekko zmierzwione płowe piórka. Oboje przytulili się do naszych nóg.
-No już spokój!-pani Mallette wyszła z kuchni, która byłą po prawej stronie od jadalni. Wytarła dłonie w ręcznik i uśmiechnęła się serdecznie.-Jazzy,Jaxon bądźcie grzeczni.
-Mamo,daj spokój widzę się z nimi raz na miesiąc. Niech się wyżyją na mnie-odebrał ode mnie płaszcz z zielonej skóry i odwiesił go na wieszaku.-Prawie bym zapomniał. Mamo, poznaj Melissę.
-Miło cię poznać-uścisnęła mi dłoń.-Mów mi po imieniu... Czuj się jak u siebei w domu.
-Dziękuję-dygnęłam,lecz zanim zdążyłam coś jeszcze dodać Justin złapał mnie za rękę i pociągnął do jednych z pokoi po lewej stronie od salonu.
W pomieszczeniu było pełno światła,które wpadało przez wielkie okno,ale nie aż tak wielkie jak w mieszkaniu Kanadyjczyka. W przestronnym wnętrzu było pełno zabawek i kredek porozrzucanych na podłodze wyłożonej panelami.
-Mel,pobawisz się ze mną?-zapytała Jazmyn,która teraz siedziała na fotelu przywieszonym na suficie.
-A w co chciałabyś robić?
-Pomaluj mnie, żebym wyglądała jak ty!-usiadłam na pufie obok i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kosmetyczki.
-Mogę wysypać wszystko? Będzie mi łatwiej znaleźć...
Piosenkarz skinął głową, a ja wysypałam całą zawartość na podłogę. Po chwili przybiegł do mnie przyrodni brat Justina i zaciekawiony wziął do pulchnej rączki białe opakowanie,które czasami ratowało mi życie kiedy zapomniałam wziąć tabletek antykoncepcyjnych.
-A co to?-wyjął ze środka prezerwatywę od Coco Chanel.
-Yyy...Niech Justin ci wytłumaczy-wydukałam speszona i spojrzałam jak szeroki uśmiech znika z jego twarzy.
-Mel,ale przecież to twoja torebka,więc powinnaś wiedzieć...
-Jaxon,oddasz mi to i weźmiesz coś innego?-mały pokręcił nosem i zaczął gryźć gumkę.-Nie gryź tego!...Proszę,odłóż to..
-Diobla,ale chcę ten samochód-wskazał na przypinkę przy moim breloczku z charmsami od Tiffany'ego.Odczepiłam go od kluczy i wręczyłam maluchowi.
-Kupię ci w zamian takie dwa samochody-powiedział Justin widząc moją skwaszoną minę.-Nawet dziś.
-Nie musisz.Kupię za soję...No Jazzy jak mam cię umalować i uczesać?
-Chcę być taką księżniczką jak ty...-zawahała się,bo zapomniała moje imię.
-Pani Bieber-dokończył Kanadyjczyk uśmiechając się szelmowsko.
-Justin!-ukułam do w bok, bo zaczął się śmiać.-Nikt nie powiedział czy kiedykolwiek chciałam a ciebie wyjść!
-Ja się starzeję,a ty jesteś pierwsza na liście,więęc...
-Dzieciaki, obiad!-usłyszeliśmy głos Pattie zza drzwi.
-Już idziemy mamo!!!-odkrzyknął mój luby.-Daj jeszcze chwilę! Mel maluje i czesze Jazmyn!
-Justin,ile razy ci mówiłam żebyś nie krzyczał.
Dokończyłam delikatny makijaż dziewczynki i wzięłam się za upinanie puszystych włosów siostry Biebera w wysokie upięcie.
-No i wyglądasz jak księżniczka-mała podbiegła do lustra w samych skarpetkach nie racząc się, aby założyć ciepłe kapcie na małe stópki. Entuzjastycznie zaczęła podskakiwać i wołać Pattie. Rodzicielka piosenkarza przyszła do pokoju i pochwaliła jej wygląd.
-Wszyscy wyglądacie oszałamiająco,ale obiad już stygnie na stole.
-Dobra,jedziemy-rodzeństwo powiedziało jednocześnie z takimi samymi minami.
-Mel,nie denerwuj się-Kanadyjczyk ścisnął moją dłoń.-Moja mama nie gryzie.Chyba, że...-pytająco uniosłam brwi.-Wstydzisz się!
-Cicho!-szepnęłam zakłopotana.-Ty się nigdy nie wstydzisz?
-Dobra-pocałował mnie, a ja spaliłam raka. Odsunął mi krzesło i zaczekał aż usiądę.
Na talerzu był typowo domowy obiad: jakiś kotlet(najprawdopodobniej z kurczaka,ale z racji tego, że nie przepadam za mięsem nie ruszyłam go),ziemniaki i mizeria, w której było więcej śmietany niż ogórków i sałaty. Niechętnie zaczęłam skubać sałatę i powoli zjadać ogórki. Przglądałąa się mojemu chłopakowi,który w niecałe siedem minut pożarł wszystko.
-Melisso, czemu ty nic nie jesz?-zapytała pani Mallette.
-Przepraszam,ale nie jestem głodna-powiedziałam uprzejmie i chwyciłam szklankę z wodą,i umoczyłam w niej usta.
-Skończyłem-mruknął Bieber wycierając kąciki ust serwetką.-Mel,mogę się zabrać jeszcze na spacer?
-Z wielką chęcią-powiedziałam wstawając od stołu.-Dziękuję za obiad-dygnęłam i pożegnałam się z rodziną Justina, a on sam przyniósł mój zielony płaszcz od Valentino.
Pomógł mi założyć i wyszliśmy z budynku.
-Gdybyś czytał blogi różnych nastolatek miałbyś jakieś 6 milionów dziewczyn, w których byłbyś zakochany bez pamięci...
-A skąd wiesz?
-Czasami czytam różne blogi-powiedziałam z uśmiechem na twarzy.-No i kiedyś sama pisałam.
-Moja Mel fantazjowała jakby to było gdyby chodziła ze mną? Awww!
-Tak i miałam nawet kilku czytelników!...Dobra pół szkoły czytało moje wypociny.
-I co jest podobnie jak w twoim opowiadaniu?-zapytał.
-Nic ci nie powiem! Musisz przeczytać-powiedziałam udawając poważną minę.
-A jak się skończyło?
-Właściwie nie skończyłam pisać,ale planowałam ciążę głównej bohaterki z tobą-teraz nie wytrzymałam i parsknęłam.
-Będę dobrym ojcem?
-Justin z mojego opowiadania opuścił ją, a teraz ona jest z najlepszym przyjacielem i on będzie wychowywał dziecko.
-Dlaczego muszę być aż taki zły? W normalnym życiu nie pozostawiłbym swojej dziewczyny. Wiem jak to jest być wychowywanym bez ojca. I nigdy nie popełniłbym tego błędu.
-Kończąc wcześniejszy temat...Przeczytaj bloga i będziesz wiedział jaki jesteś.
-Nie wiem gdzie,adresu strony chyba mi nie podałaś.
-Podam w swoim czasie-powiedziałam stanowczo.-A tak w ogóle gdzie mnie zabierasz?
-Mówiłem ci. Do mojego rodzeństwa i mamy.
-Myślałam, że żartujesz-powiedziałam zaskoczona.-Jestem dobrze ubrana? Niezbyt strojnie? Czy się spodobam? Wszyscy twierdzą, że jestem strasznie arogancka w towarzystwie.I nie lubię jak dzieci płaczą, szczególnie te bezzębne.
-Spokojnie-zatrzymaliśmy się przed wielkim wieżowcem,jakich dużo w Nowym Jorku.-Będę trzymał cię za rękę-pogłaskał mnie po policzku.
-I za to cię uwielbiam-nachyliłam się i pocałowałam go.
Wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy się w stronę apartamentu rodziny Bieber.Weszliśmy po schodach na piętro.Bieber otworzył drzwi z ciemnego drewna.
-Mamo,jesteśmy!-zawołał od progu Justin.
Znajdowaliśmy się w pomieszczeniu przed jadalnią,którą można było zobaczyć przez łuk. Za stołem był kolejny łuk, który wprowadzał nas do salonu. Pattie dowiodła, że mieszkanie na Brooklynie może być bardzo przytulne. Z salonu wybiegły dwa maluchy. Dziewczynka miała związane włosy w małą kitkę z tyłu głosy, a młodszy o kilka lat chłopczyk miał lekko zmierzwione płowe piórka. Oboje przytulili się do naszych nóg.
-No już spokój!-pani Mallette wyszła z kuchni, która byłą po prawej stronie od jadalni. Wytarła dłonie w ręcznik i uśmiechnęła się serdecznie.-Jazzy,Jaxon bądźcie grzeczni.
-Mamo,daj spokój widzę się z nimi raz na miesiąc. Niech się wyżyją na mnie-odebrał ode mnie płaszcz z zielonej skóry i odwiesił go na wieszaku.-Prawie bym zapomniał. Mamo, poznaj Melissę.
-Miło cię poznać-uścisnęła mi dłoń.-Mów mi po imieniu... Czuj się jak u siebei w domu.
-Dziękuję-dygnęłam,lecz zanim zdążyłam coś jeszcze dodać Justin złapał mnie za rękę i pociągnął do jednych z pokoi po lewej stronie od salonu.
W pomieszczeniu było pełno światła,które wpadało przez wielkie okno,ale nie aż tak wielkie jak w mieszkaniu Kanadyjczyka. W przestronnym wnętrzu było pełno zabawek i kredek porozrzucanych na podłodze wyłożonej panelami.
-Mel,pobawisz się ze mną?-zapytała Jazmyn,która teraz siedziała na fotelu przywieszonym na suficie.
-A w co chciałabyś robić?
-Pomaluj mnie, żebym wyglądała jak ty!-usiadłam na pufie obok i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kosmetyczki.
-Mogę wysypać wszystko? Będzie mi łatwiej znaleźć...
Piosenkarz skinął głową, a ja wysypałam całą zawartość na podłogę. Po chwili przybiegł do mnie przyrodni brat Justina i zaciekawiony wziął do pulchnej rączki białe opakowanie,które czasami ratowało mi życie kiedy zapomniałam wziąć tabletek antykoncepcyjnych.
-A co to?-wyjął ze środka prezerwatywę od Coco Chanel.
-Yyy...Niech Justin ci wytłumaczy-wydukałam speszona i spojrzałam jak szeroki uśmiech znika z jego twarzy.
-Mel,ale przecież to twoja torebka,więc powinnaś wiedzieć...
-Jaxon,oddasz mi to i weźmiesz coś innego?-mały pokręcił nosem i zaczął gryźć gumkę.-Nie gryź tego!...Proszę,odłóż to..
-Diobla,ale chcę ten samochód-wskazał na przypinkę przy moim breloczku z charmsami od Tiffany'ego.Odczepiłam go od kluczy i wręczyłam maluchowi.
-Kupię ci w zamian takie dwa samochody-powiedział Justin widząc moją skwaszoną minę.-Nawet dziś.
-Nie musisz.Kupię za soję...No Jazzy jak mam cię umalować i uczesać?
-Chcę być taką księżniczką jak ty...-zawahała się,bo zapomniała moje imię.
-Pani Bieber-dokończył Kanadyjczyk uśmiechając się szelmowsko.
-Justin!-ukułam do w bok, bo zaczął się śmiać.-Nikt nie powiedział czy kiedykolwiek chciałam a ciebie wyjść!
-Ja się starzeję,a ty jesteś pierwsza na liście,więęc...
-Dzieciaki, obiad!-usłyszeliśmy głos Pattie zza drzwi.
-Już idziemy mamo!!!-odkrzyknął mój luby.-Daj jeszcze chwilę! Mel maluje i czesze Jazmyn!
-Justin,ile razy ci mówiłam żebyś nie krzyczał.
Dokończyłam delikatny makijaż dziewczynki i wzięłam się za upinanie puszystych włosów siostry Biebera w wysokie upięcie.
-No i wyglądasz jak księżniczka-mała podbiegła do lustra w samych skarpetkach nie racząc się, aby założyć ciepłe kapcie na małe stópki. Entuzjastycznie zaczęła podskakiwać i wołać Pattie. Rodzicielka piosenkarza przyszła do pokoju i pochwaliła jej wygląd.
-Wszyscy wyglądacie oszałamiająco,ale obiad już stygnie na stole.
-Dobra,jedziemy-rodzeństwo powiedziało jednocześnie z takimi samymi minami.
-Mel,nie denerwuj się-Kanadyjczyk ścisnął moją dłoń.-Moja mama nie gryzie.Chyba, że...-pytająco uniosłam brwi.-Wstydzisz się!
-Cicho!-szepnęłam zakłopotana.-Ty się nigdy nie wstydzisz?
-Dobra-pocałował mnie, a ja spaliłam raka. Odsunął mi krzesło i zaczekał aż usiądę.
Na talerzu był typowo domowy obiad: jakiś kotlet(najprawdopodobniej z kurczaka,ale z racji tego, że nie przepadam za mięsem nie ruszyłam go),ziemniaki i mizeria, w której było więcej śmietany niż ogórków i sałaty. Niechętnie zaczęłam skubać sałatę i powoli zjadać ogórki. Przglądałąa się mojemu chłopakowi,który w niecałe siedem minut pożarł wszystko.
-Melisso, czemu ty nic nie jesz?-zapytała pani Mallette.
-Przepraszam,ale nie jestem głodna-powiedziałam uprzejmie i chwyciłam szklankę z wodą,i umoczyłam w niej usta.
-Skończyłem-mruknął Bieber wycierając kąciki ust serwetką.-Mel,mogę się zabrać jeszcze na spacer?
-Z wielką chęcią-powiedziałam wstawając od stołu.-Dziękuję za obiad-dygnęłam i pożegnałam się z rodziną Justina, a on sam przyniósł mój zielony płaszcz od Valentino.
Pomógł mi założyć i wyszliśmy z budynku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)