|10|-Niech Justin ci to wytłumaczy!

     Będąc już w połowie drogi i wcześniejszy temat rozmowy zaczął by nudnawy zaczęłam nowy:
-Gdybyś czytał blogi różnych nastolatek miałbyś jakieś 6 milionów dziewczyn, w których byłbyś zakochany bez pamięci...
-A skąd wiesz?
-Czasami czytam różne blogi-powiedziałam z uśmiechem na twarzy.-No i kiedyś sama pisałam.
-Moja Mel fantazjowała jakby to było gdyby chodziła ze mną? Awww!
-Tak i miałam nawet kilku czytelników!...Dobra pół szkoły czytało moje wypociny.
-I co jest podobnie jak w twoim opowiadaniu?-zapytał.
-Nic ci nie powiem! Musisz przeczytać-powiedziałam udawając  poważną minę.
-A jak się skończyło?
-Właściwie nie skończyłam pisać,ale planowałam ciążę głównej bohaterki z tobą-teraz nie wytrzymałam i parsknęłam.
-Będę dobrym ojcem?
-Justin z mojego opowiadania opuścił ją, a teraz ona jest z najlepszym przyjacielem i on będzie wychowywał dziecko.
-Dlaczego muszę być aż taki zły? W normalnym życiu nie pozostawiłbym swojej dziewczyny. Wiem jak to jest być wychowywanym bez ojca. I nigdy nie popełniłbym tego błędu.
-Kończąc wcześniejszy temat...Przeczytaj bloga i będziesz wiedział jaki jesteś.
-Nie wiem gdzie,adresu strony chyba mi nie podałaś.
-Podam w swoim czasie-powiedziałam stanowczo.-A tak w ogóle gdzie mnie zabierasz?
-Mówiłem ci. Do mojego rodzeństwa i mamy.
-Myślałam, że żartujesz-powiedziałam zaskoczona.-Jestem dobrze ubrana? Niezbyt strojnie? Czy się spodobam? Wszyscy twierdzą, że jestem strasznie arogancka w towarzystwie.I nie lubię jak dzieci płaczą, szczególnie te bezzębne.
-Spokojnie-zatrzymaliśmy się przed wielkim wieżowcem,jakich dużo w Nowym Jorku.-Będę trzymał cię za rękę-pogłaskał mnie po policzku.
-I za to cię uwielbiam-nachyliłam się i pocałowałam go.
    Wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy się w stronę apartamentu rodziny Bieber.Weszliśmy po schodach na piętro.Bieber otworzył drzwi z ciemnego drewna.
-Mamo,jesteśmy!-zawołał od progu Justin.
   Znajdowaliśmy się w pomieszczeniu przed jadalnią,którą można było zobaczyć przez łuk. Za stołem był kolejny łuk, który wprowadzał nas do salonu. Pattie dowiodła, że mieszkanie na Brooklynie może być bardzo przytulne. Z salonu wybiegły dwa maluchy. Dziewczynka miała związane włosy w małą kitkę z tyłu głosy, a młodszy o kilka lat chłopczyk miał lekko zmierzwione płowe piórka. Oboje przytulili się do naszych nóg.
-No już spokój!-pani Mallette wyszła z kuchni, która byłą po prawej stronie od jadalni. Wytarła dłonie w ręcznik i uśmiechnęła się serdecznie.-Jazzy,Jaxon bądźcie grzeczni.
-Mamo,daj spokój widzę się z nimi raz na miesiąc. Niech się wyżyją na mnie-odebrał ode mnie płaszcz z zielonej skóry i odwiesił go na wieszaku.-Prawie bym zapomniał. Mamo, poznaj Melissę.
-Miło cię poznać-uścisnęła mi dłoń.-Mów mi po imieniu... Czuj się jak u siebei w domu.
-Dziękuję-dygnęłam,lecz zanim zdążyłam coś jeszcze dodać Justin złapał mnie za rękę i pociągnął do jednych z pokoi po lewej stronie od salonu.
    W pomieszczeniu było pełno światła,które wpadało przez wielkie okno,ale nie aż tak wielkie jak w mieszkaniu Kanadyjczyka. W przestronnym wnętrzu było pełno zabawek i kredek porozrzucanych na podłodze wyłożonej panelami.
-Mel,pobawisz się ze mną?-zapytała Jazmyn,która teraz siedziała na fotelu przywieszonym na suficie.
-A w co chciałabyś robić?
-Pomaluj mnie, żebym wyglądała jak ty!-usiadłam na pufie obok i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kosmetyczki.
-Mogę wysypać wszystko? Będzie mi łatwiej znaleźć...
  Piosenkarz skinął głową, a ja wysypałam całą zawartość na podłogę. Po chwili przybiegł do mnie przyrodni brat Justina i zaciekawiony wziął do pulchnej rączki białe opakowanie,które czasami ratowało mi życie kiedy zapomniałam wziąć tabletek antykoncepcyjnych.
-A co to?-wyjął ze środka prezerwatywę od Coco Chanel.
-Yyy...Niech Justin ci wytłumaczy-wydukałam speszona i spojrzałam jak szeroki uśmiech znika z jego twarzy.
-Mel,ale przecież to twoja torebka,więc powinnaś wiedzieć...
-Jaxon,oddasz mi to i weźmiesz coś innego?-mały pokręcił nosem i zaczął gryźć gumkę.-Nie gryź tego!...Proszę,odłóż to..
-Diobla,ale chcę ten samochód-wskazał na przypinkę przy moim breloczku z charmsami od Tiffany'ego.Odczepiłam go od kluczy i wręczyłam maluchowi.
-Kupię ci w zamian takie dwa samochody-powiedział Justin widząc moją skwaszoną minę.-Nawet dziś.
-Nie musisz.Kupię za soję...No Jazzy jak mam cię umalować i uczesać?
-Chcę być taką księżniczką jak ty...-zawahała się,bo zapomniała moje imię.
-Pani Bieber-dokończył Kanadyjczyk uśmiechając się szelmowsko.
-Justin!-ukułam do w bok, bo zaczął się śmiać.-Nikt nie powiedział czy kiedykolwiek chciałam a ciebie wyjść!
-Ja się starzeję,a ty jesteś pierwsza na liście,więęc...
-Dzieciaki, obiad!-usłyszeliśmy głos Pattie zza drzwi.
-Już idziemy mamo!!!-odkrzyknął mój luby.-Daj jeszcze chwilę! Mel maluje i czesze Jazmyn!
-Justin,ile razy ci mówiłam żebyś nie krzyczał.
   Dokończyłam delikatny makijaż dziewczynki i wzięłam się za upinanie puszystych włosów siostry Biebera w wysokie upięcie.
-No i wyglądasz jak księżniczka-mała podbiegła do lustra w samych skarpetkach nie racząc się, aby założyć ciepłe kapcie na małe stópki. Entuzjastycznie zaczęła podskakiwać i wołać Pattie. Rodzicielka piosenkarza przyszła do pokoju i pochwaliła jej wygląd.
-Wszyscy wyglądacie oszałamiająco,ale obiad już stygnie na stole.
-Dobra,jedziemy-rodzeństwo powiedziało jednocześnie z takimi samymi minami.
-Mel,nie denerwuj się-Kanadyjczyk ścisnął moją dłoń.-Moja mama nie gryzie.Chyba, że...-pytająco uniosłam brwi.-Wstydzisz się!
-Cicho!-szepnęłam zakłopotana.-Ty się nigdy nie wstydzisz?
-Dobra-pocałował mnie, a ja spaliłam raka. Odsunął mi krzesło i zaczekał aż usiądę.
   Na talerzu był typowo domowy obiad: jakiś kotlet(najprawdopodobniej z kurczaka,ale z racji tego, że nie przepadam za mięsem nie ruszyłam go),ziemniaki i mizeria, w której było więcej śmietany niż ogórków i sałaty. Niechętnie zaczęłam skubać sałatę i powoli zjadać ogórki. Przglądałąa się mojemu chłopakowi,który w niecałe siedem minut pożarł wszystko.
-Melisso, czemu ty nic nie jesz?-zapytała pani Mallette.
-Przepraszam,ale nie jestem głodna-powiedziałam uprzejmie i chwyciłam szklankę z wodą,i umoczyłam w niej usta.
-Skończyłem-mruknął Bieber wycierając kąciki ust serwetką.-Mel,mogę się zabrać jeszcze na spacer?
-Z wielką chęcią-powiedziałam wstawając od stołu.-Dziękuję za obiad-dygnęłam i pożegnałam się z rodziną Justina, a on sam przyniósł mój zielony płaszcz od Valentino.
  Pomógł mi założyć i wyszliśmy z budynku.

2 komentarze:

m pisze...

Świeeetny. <3

Anonimowy pisze...

ten rozdział dość nudny, ale rozumiem że takie też muszą być ;p