Wybiegłam z pokoju trzaskając drzwiami .W korytarzu minęłam mojego pieska Milo i otworzyłam drzwi frontowe tak samo głośno zamykając je jak te poprzednie.Za swoimi plecami usłyszałam krzyk mojej siostry. Nie zamierzałam na nią czekać, tylko zbiegłam po schodach ewakuacyjnych,które ratowały mnie od kazań Catheriny dzień w dzień. Będąc na pół piętrze do moich uszu dobiegły dźwięki uderzeń obcasów z metalową podeszwą. Jedynie moja siostra w tym wieżowcu miała botki od YSL’a, na które czekała kilka miesięcy na liście.Przyspieszyłam i zaczęłam przechodzić bokiem,aby nie przewrócić się na twarz w swoich botkach od Sam’a Eldman’a,chociaż wiedziałam, że mnie nie dogoni. Z gracją pokonałam ostatni stopień i ruszyłam zatłoczonym chodnikiem w stronę Starbucks’a ,mojej oazy spokoju, gdzie bez żadnego popędzania mogłam delektować się kawą.Wyjęłam perłowe blackberry i sprawdziłam na dużym wyświetlaczu godzinę. Będę musiała chwilę poczekać na Li,moją najlepszą przyjaciółkę,która na prawdę nazywała się Akiro Yumishi.
Mijałam ludzi, którzy jeszcze jedną nogą byli w łóżku i zupełnie śpiące osoby,które prawie się zataczały. Z mojej ulubionej kawiarni wyszła głośna grupka chłopaków w moim wieku i jeden ogromny afroamerykanin po trzydziestce.Minęłam ich w drzwiach ignorując gwizdy na mój widok. Weszłam do środka. Ciepłe powietrze delikatnie ogrzało moje zmarznięte policzki. Jednak jesień w Nowym Jorku nie była najcieplejsza.Wkrótce miał spaść śnieg według anorektycznej pogodynki na kanale trzecim. Zdjęłam ciepłą futrzaną kamizelkę od ALICE i zajęłam moje stare miejscówki przy oknie. Wygrzebałam z torebki pikowany,skórzany portfel od Chanel’a i stanęłam w kolejce po moją ulubioną kawę jak i Li. Będąc prawie przy kontuarze przypomniałam sobie, że dzisiaj Freddie miał wrócić z wypadu na Malediwy,więc zamówiłam mu bez kofeinową latte z odtłuszczonym mlekiem i z cynamonem,która była obłędna. Wiedziałam to,ponieważ piłam ją co ranek.Będąc już przy kasie zamówiłam trzy kawy i zaczekałam na zamówienie. Po kilku minutach odebrałam trzy kubki i gwałtownie się obróciłam.Poczułam, że zderzyłam się z czymś lub kimś rozlewając przy tym wszędzie kawę,na siebie i na osobę ,która weszła mi w drogę.
-Cholera-fuknęłam widząc , że mój czarny,kaszmirowy golf jest cały w kawie.-Przepraszam to moja wina. Powinnam się rozejrzeć za nim się odwróciłam.
Podniosłam głowę i ujrzałam wysokiego chłopaka w moim wieku.Miał popularną fryzurę z grzywką a’la Bieber, wielkie zielone oczy z brązowymi refleksami.Jego twarz widziałam dzisiaj rano wchodząc do Starbucks’a. Miała lekko ciapowaty wygląd, ale przecież każda ciapa wyrasta na niezłe ciacho. Weźmy przykład aktora , który grał Nevill’a w Harrym Potterze.
-To moja wina-powiedział wciąż serdecznie się uśmiechając.-Masz na te kawy i pralnie chemiczną-wręczył mi stu dolarowy banknot i wyszedł mijając w przejściu dwójkę moich przyjaciół.
Spojrzałam na miny nowo przybyłych. Na twarzy Freds’a malowało się zdziwienie, a na wargach Li pojawił się tajemniczy,koci uśmieszek.Usiadłam na przeciwko nich i uniosłam pytająco wyregulowane brwi.
-No co?-Akiro uśmiechnęła się, kiedy usłyszała mój zmieszany ton.
-Rozlałaś naszą kawę-powiedziała niewzruszonym tonem.
-Aaa, tak...-wstałam od stolika.-Już idę!
Wróciłam do kontuaru i zamówiłam napoje,wciąż obserwując stolik , przy którym siedzieli moi kumple. Nachylili się ku sobie i zaczęli o czymś dyskutować.Spojrzałam krytycznie na swoje ubranie. Na środku czarnego golfa widniała duża plama. W dotyku była lepka i mokra. Niech to diabli! Mój ulubiony kaszmirowy golf był w klejącym się płynie. Odebrałam trzy nieszczęsne napoje i wróciłam do stolika. Zajęłam swoje miejsce na przeciwko Li i Fred’a.
-No bosh...Wpadłam na niego .-wzięłam głęboki oddech.-Nic więcej!...Co mam zrobić żebyście mi uwierzyli?
Koreanka tylko porozumiewawczo spojrzała na grupkę ludzi za szybą. Wśród nich stał ten chłopak,który mnie potrącił.
-Nie,nie zrobisz mi tego!-pokręciłam przecząco głową,nie wierząc , że moja najlepsza przyjaciółka zachowała się tak perfidnie i infantylnie.-Nie podejdę do niego. I nie poproszę o ŻADEN numer telefonu, a tym bardziej jego!
-Założymy się?
-Li przysięgam, że zabiję cię przy najbliższej okazji!-wstałam i założyłam futrzaną kamizelkę.
-Jeszcze mi podziękujesz-mruknęła.
-Ale ja mam chłopaka-jęknęłam,kiedy miałam już wyjść z budynku przez szklane drzwi.
-Od miesiąca chcesz z nim zerwać-powiedziała z nutką ironii w głosie.-No idź!
Wywróciłam teatralnie oczami i ociągając każdy ruch wyszłam z budynku trzymając kurczowo kubek z kawą. Ruszyłam pewnym krokiem w stronę grupki, ale z każdym krokiem byłam coraz mniej pewna. Wzięłam głęboki oddech i pokonałam dystans dzielący mnie od kompromitacji. Stanęłam bok niego i zaczęłam mówić w zawrotnym tempie swój monolog:
-Heeej-odwrócił się w moją stronę i promiennie się uśmiechnął.- Chyba mnie pamiętasz? To mnie oblałeś kawą, a właściwie to ja oblałam nas kawą, ale wina stoi po mojej stronie jak i twojej...
W odpowiedzi skinął głową , wciąż wspierając mnie uśmiechem. Czyli nic nie wskazywało,abym miała zaraz kapitulować.
-No i jest taka mała sprawa...-kontynuowałam.-Moja przyjaciółka ze względu na to, że rozlałam jej kawę...Za karę muszę poprosić cię o numer...
-Spoko,nie ma sprawy-powiedział wciąż się uśmiechając.-A tak przy okazji jestem Chaz.
-Melissa-powiedziałam odwzajemniając uśmiech.-Mel dla przyjaciół.
-Miło cię poznać-powiedział rozciągając każdą głoskę.-A i żeby było po równo.Musisz mi dać swój numer.
Przekrzywiłam głowę i popatrzyłam poważnie na chłopaka.
-No dobrze...-powiedziałam podając mu numer.-No to cześć!
Odwracając się po raz kolejny tego dnia zderzyłam się z kimś. Podniosłam oczy i ujrzałam widok, który każdego by zaskoczył. I na pewno ściągnąłby tu wszystkie dziewczyny w przedziale wiekowym 5-18.
-Omójbożeomójbożeomójboże!...-moje oczy pewnie musiały wyglądać jak dwa wielkie talerze.- Chyba mam jakieś urojenia. Widzę Justina Biebera przed sobą.
-Shawty, nie masz urojeń-posłał mi uśmiech, przez który nie mogłam oddychać i stać prosto.
-Omójbożeomójboże mogę prosić o autograf?-posłał mi kolejny uśmiech i podpisał się na pomiętej kartce,którą mu podałam.-Li mi nie uwierzy! Co robisz w Nowym Jorku? Z tego co wiem nie masz żadnego koncertu...
-Powoli,shawty. Oddychaj-spojrzał na mnie swoimi czekoladowymi oczami i położył ręce na moich kruchych ramionach.-No wdech,wydech,wdech,wydech...-zaczęłam spokojnie oddychać, ale moje serce zaczęło robić jakieś akrobacje i walić jakby miało wyskoczyć.- Wkrótce się dowiesz co robię tutaj.
Z ogromnym trudem opanowałam pisk radości,podniecenia i innych emocji , które teraz mnie opanowały. No , bo kto by nie skakał z radości na widok jego przystojnej twarzy z bliska i anielskiego,zachrypniętego głosu ? Raczej nikt.
-Mogę cię przytulić?-wypaliłam czerwieniąc się.
-Nie ma sprawy-podszedł do mnie i przyjaźnie uścisnął.-My niestety musimy już iść. Miło się gadało.
Pomachałam im. Nie mogłam nic z siebie wykrztusić,dopiero, kiedy wsiedli do samochodu wydarłam się jak głupia. Ludzie popatrzyli na mnie jak na wariatkę, ale oni nawet kiedy się uśmiechałeś patrzyli na ciebie jak na idiotkę z zaburzeniami psychicznymi. Szczerząc zęby wróciłam do kawiarni, żeby pochwalić się Azjatce i Fred’owi.
***
Pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że się spodobał...
Następny rozdział postaram się napisać wkrótce.
Liczę na szczere słowa krytyki, bo wiem , że piszę jak jakaś pięciolatka.
PS:Nie wiem czy wam się spodoba,ale będę dodawać linki pod postem z polyvore.(ubranie Mel z tego rozdziału)
P&L
_________
3 komentarze:
zajebiste !
chce więcej !
wciągnęło mnie !
rzadko tak bywa !
Świetne !
Paulina .
Rozdział zarąbisty. Nie wiem jak ty to robisz ale nawet pisząc o BIBERZE(za którym szczerze nie przepadam)podbijasz moje serce swoimi notkami ^^ A tak w ogóle to kto tu mówi że pisze jak pięciolatka... co ja mam powiedzieć?! >.<
po prostu BOSKIE !!! ;D
Prześlij komentarz